Sardyńskie spotkania cz.2

Dziś ponownie możemy coś napisać i opublikować 😊 Są jeszcze takie miejsca i takie dni, że zasięgu brak 😊 Chodzę wtedy trochę nieswój na początku. Widać, że także i ja przywiązałem się do smartphone’a i bycia ‘online’. Jednak po kilku godzinach czuję się już znacznie lepiej i tylko brak możliwości ściągnięcia świeżej prognozy pogody, szczególnie gdy jesteśmy w górach, jest trochę niekomfortowy. Wolę budzić się wiedząc, co mogę zrobić, a czego nie. Choć włoska prognoza pogody jest jak rosyjska ruletka. Nigdy nie wiesz, co będzie 😊

I może właśnie od tych gór wyjdę, jednak nie to będzie tematem dzisiejszego artykułu. Wracamy do rzeczy ważnych, dla mnie najważniejszych – do spotkań.

Płaskowyż Golgo – cóż za miejsce! Trochę świata już zjechałem i powiem bez ogródek – jedno z 5 najpiękniejszych miejsc, w jakich byłem. Płaskowyż szeroki na ~ 1 km, długi na ~ 5km. Pojedyncze domy porozrzucane co kilka kilometrów. Ok – naliczyłem ich w sumie 3 😊 Wokoło góry, drzewa, krzaki, trawa i…codzienna pobudka fundowana przez kozy, krowy, dzikie świnie i osły. Wszystkie pętające się na wolności, niczym nieskrępowane, rano opuszczają zagrodę, by wieczorem same do niej wrócić. I tylko osły były wyjątkiem. Lubiły zatrzymać się koło naszego vana i czekać, aż dzieciaki wyjdą z rana, żeby je wygłaskać i poprzytulać 😊 Magia!

To właśnie na pół godziny przed wyjazdem, gdy stoimy pod piękną tęczą, zatrzymuje się koło nas van z uśmiechniętymi Szwajcarami. Może te uśmiechy były odpowiedzią na uśmiech Natalii (‚ludzie, w końcu ludzie!!!’), może zobaczyli, że i my z dziećmi (sami mają 2 synów – 3 letniego i 5 miesięcznego!!!) i pomyśleli sobie, że i my także dostajemy po dupie – słodki ciężar na pokładzie 😊 A może to ich natura (dziś już wiemy, że tak też właśnie jest) i że ich uśmiech był wypadkową tych wszystkich 3 rzeczy. Rozmawiamy ze 20 min, wymieniamy się telefonami i zmawiamy się na spotkanie po południu. W końcu nie będziemy nocować sami.

Gdy spotykamy się kilka godzin później, idziemy po skałach, które tworzą wybrzeże w okolicach Arbatax. Dzieciaki wspinają się, skaczą, a my idąc powoli rozmawiamy. Już wiemy, że hardcorami nie jesteśmy. Andrea i Andy jeżdżą mniejszym od naszego VW, z 2ką mniejszych dzieciaków, bez ogrzewania, z turystycznym palnikiem i pieluszkami wielokrotnego użytku. WOW!!! Takie rzeczy uskutecznialiśmy mieszkając jeszcze w Krakowie (pieluszki, bo można je było prać w ciepłej wodzie, której w kamperze nie tyle brak, co jest z nią problem), na długich wyjazdach w 2kę albo krótkich wyjazdach z dzieciakami (palnik turystyczny na benzynę). Ale mieszkać tak w vanie przez kilka miesięcy. Muszę przyznać, że nam, którzy lubimy wyzwania do takiego hardcore’u daleko. Może to wiek? 😊

Wieczorem spotkanie w vanie. Dzieciaki bawią się na łóżku klockami, rysują i wycinają. My siedzimy i zanurzamy się w dyskusję. Spotykasz pierwszy raz ludzi i możesz z nimi gadać, gadać i gadać. Jakbyśmy ich znali od zawsze. To ten wspólny mianownik ludzi outdooru – miłość do natury, do prostoty życia, do minimalizmu i do spędzania czasu razem. Wiele osób pyta nas z czego żyjemy, jak opłacamy taką podróż. O tym mówiliśmy ostatnio podczas wizyty w Moto Radio i jeszcze przyjdzie czas na osobny wpis. Jednak dziś podzielimy się tym, czego dowiedzieliśmy się od pary Szwajcarów. Podróżowali od zawsze – jako para, potem z synem. Czuli, że chcą wyjechać na dłużej, przewietrzyć głowy, znaleźć inspiracje, pomysł na dalszą część życia. Jednak kołowrotek – praca, życie rodzinne, itd. – nie szedł po drodze z tym, co mieli w głowie. Kolejna ciąża i…wtedy decyzje jakoś przyszły łatwiej – wyjeżdżamy po narodzinach syna. Andrea do pracy już nie wróciła, Andy rzucił ją, kiedy syn przyszedł na świat. Nie są związani z IT, gamingiem itd. 😊 Kupili vana i w drogę. I tu jedna z ważniejszych rzeczy, dla nas strasznie inspirująca. Andrea i Andy mieszkali w Zurychu. Nie trzeba przypominać, że Szwajcaria to jedno z tych państw, gdzie człowiek zarabia godnie. A jednak… Wypowiedzieli umowę najmu. Swoje rzeczy zrzucili do rodziców. Nie byli związani kredytem na kolejne 30 lat. Auta nie mieli, bo w Zurychu komunikacja miejska chodzi…jak w szwajcarskim zegarku! Zastanawiające i chylę czoła, że nie potrzeba było im posiadać dużego mieszkanie albo domu. Nie potrzebowali łechtać swojego ego wielką furą. Dzięki temu byli wolni i mogli zrobić to, na co mieli ochotę – ŻYĆ!!! Rano palnik wyskakiwał na kilka pudeł, szybkie gotowanie i śniadanie (owsianka) ze wspólnego garnka. Wszystko w kurtkach, bo ogrzewania brak. Dzieciaki będą nieźle zahartowane, takiej szkoły życia nie dostaną nigdzie 😊

Aż miło popatrzeć, jak 5-miesięczny syn nie krzywił się spędzając większość dnia na świeżym powietrzu. Ubrany w polarowego miśka, przyklejony do taty albo mamy. I zgadnijcie co? Żeby zmniejszyć ilość prania (pieluchy wielokrotnego użytku) młodego rozbierali co jakiś czas, żeby móc go wysikać! I udawało im się! 🙂

Starszy 3-latek, bawił się z Maliką i Mandelą. Język nie stanowił problemu, dogadywali się w języku dzieci. I widać imię Malika przypadło mu do gustu, bo bawiąc się z nią cały czas powtarzał: Malika, Malika, Malika 🙂

Niektórzy w tym, co robimy widzą hardcore. Dla nas to dość naturalne. Fajnie, że i my możemy zobaczyć hardcore w innej wersji 🙂 Andrea i Andy nas zainspirowali, więc mamy także nadzieję, że i my możemy zainspirować Was.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s