Sardyńskie spotkania cz.3

Jesteśmy bogatsi! 🙂

Kolejne spotkania za nami i w końcu zaczęło się także to najdłuższe. Najdłuższe? Tak, bo potrwa ok. 2 tygodni. Zaczęliśmy naszą pracę w programie workaway! Naszymi gospodarzami są Sara i James z Country Living School – Sardinia. Tak, dla nas vanlife to nie tylko dzikie miejscówki i wolność. To także dużo gór, rowerów, trochę wspinu, ale najważniejszą częścią vanlife są ludzie, których spotykamy na drodze oraz powolne życie, bez pośpiechu, bez odhaczania kolejnych fajnych miejsc z przewodnika.

Po wigilijnych przygotowaniach u Beaty i Claudio Sardinia Slow Experience na plaży odwiedzają nas Melina i Simone. Stoimy wtedy vanem prawie na plaży, wśród drzew piniowych. Jest ciepły dzień, więc siedzimy na zewnątrz. Kilka dni później zapraszają nas do siebie. Po kolejnych tygodniach mamy znowu możliwość wziąć prysznic i wyprać rzeczy. Przyjeżdżamy z rana, żeby móc spędzić cały dzień razem. Obiad, rozmowy, zabawy z dziećmi. Potem spacer, kolacja i więcej rozmów. Wracamy po nocy do kampera, kiedy dzieciaki prawie zasypiają nam na rękach. Ten dzień zaczął się trochę stresowo. Chcąc podjechać na parking, który zaproponowała Melina (stare miasto w Orosei) zapomina, że jeżdżę vanem. Robi mi się ciepło i tętno skacze do maksimum. W pewnym momencie proszę Natalię, żeby wysiadła z auta i pomogła mi przejechać. Składamy lusterka, dość ostry zakręt w lewo i od razu w prawo. Po jednej i drugiej stronie mam może 3 cm zapasu. Udało się, więc bez namysłu wyjeżdżamy ze starego miasta i parkujemy trochę dalej 🙂 Ten prysznic spadł mi z nieba, bo spociłem się cholernie, próbując wyjechać 🙂

Rozmowy nie mają końca. Rozmawiamy o podróżach, o życiu na Sardynii, o przemianach. O pomocy rządu włoskiego przedsiębiorcom, o górach. Simone, podobnie jak Claudio, jest przewodnikiem górskim Orosei AdvenTours. To kolejne spotkanie, kiedy obie strony dochodzą do podobnej konkluzji – rozmawiamy jakbyśmy znali się całe życie. Spędzamy razem cały dzień, także kiedy po obiedzie po prostu leniwie odpoczywamy. Nie trzeba przecież cały czas gadać, zajmować się gośćmi. Melina i Simone dzielą się sobą i tym, co mają.

Kilka dni później ruszamy w góry, nasz cel – Monte Tuttavista. Pogoda iście szkocka – chmury, wiatr urywa głowy, a potem mgła i zaczyna padać. Trekking w deszczu z małymi dziećmi nie jest przyjemny. Szczególnie, że suszenie rzeczy w vanie to sztuka 🙂 Prognoza na następny dzień – słońce. Pogodynka jednak myli się i tego dnia – o poranku pada. Ehhh. Kiedy w końcu trochę nieśmiało przez chmury zaczyna wyglądać słońce idziemy na kolejną wyrypę. Tym razem przygotowani na armagedon – dzieciaki ubrane w przeciwdeszczowe stroje, może lać i wiać 🙂 Już po kilku minutach Natalia zauważa dym unoszący się nad lasem. ‘Może to pasterze’ mówię i dodaję, że możemy zajrzeć i spróbować kupić owczy ser. Wiemy, że to owczy, bo cały czas lawirujemy między mniejszymi i większymi bobkami 🙂

Po jakimś czasie naszym oczom ukazuje się kamienna chatka, z komina bucha dym, roześmiane dzieciaki latają po dworzu. Zamiast pasterzy spotykamy dwie rodziny. Nie mija kilka sekund, a w naszym kierunku lecą kubeczki z winem i przyjacielskie: ‘Entrate a mangiare con noi’. Drewniany stół zastawiony jest sardyńskimi pysznościami – sery, prosciutto, oliwki, oliwa, wino, chleb, a na ogniu wielka patelnia z kiełbasą z dzika. Od razu robię się głodny 🙂

Malika i Mandela bardzo szybko odnajdują się w gronie sardyńskich dzieciaków – Manuela, Asia i Azzurra. Malika woła na zmianę: ‘Let’s go!’ oraz ‘giochiamo’ i razem z koleżanką Asia pędzą pod górę. Po chwili dołączają do nich Mandela i Manuel.

Wpadamy w wir rozmów i smakowania przysmaków. W międzyczasie pędzę do vana, żeby dorzucić się do poczęstunku. Chłopaki najbardziej cieszą się z przyniesionej butelki wina 🙂 Rozmawiamy o wszystkim ciesząc się z otwartości i przyjacielskiej atmosfery. Nie mogą uwierzyć, że przyjechaliśmy na Sardynię na kilka miesięcy. Że nie spieszymy się, a powoli smakujemy, doświadczamy, spotykamy się i uczymy tego miejsca, kultury i ludzi. W rozmowie wychodzi także, że znają Simone ze spotkań w górach, a Melina uczyła angielskiego dziewczynkę, z którą Malika ganiała jak szalona. Świat jest mały.

Jesteśmy bogatsi…o kolejne spotkania. Inspirujemy się otwartością ludzi. Kolejny raz doświadczamy tego, że nie trzeba być bogatym materialnie, żeby dzielić się z innymi (są wyjątki 😉). Już wiele razy doświadczyliśmy tego, że Ci, którzy mają mniej są bardziej otwarci, serdeczni i chcą dzielić się tym, co mają, również swoim czasem, doświadczeniem, całym sobą.

Macie podobne spostrzeżenia? Co dla Was jest najcenniejsze w podróżowaniu?


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s